
Kto powinien płacić kelnerowi? Ty, czy restaurator?
Mateusz Gessler – najwyraźniej ostatnio mój “ulubieniec” opiniotwórczy – powiedział, że napiwki są i powinny być obowiązkiem każdego gościa restauracji.
I właśnie ze słowem “obowiązek” mam największy problem.
Bo jeśli coś jest obowiązkowe, przestaje być napiwkiem.
Napiwek z definicji jest dobrowolnym gestem. Podziękowaniem za świetną obsługę, zaangażowanie, uwagę i doświadczenie, które stworzył dla nas zespół.
Możemy dyskutować, czy powinno to być 5 czy 15 procent.
Możemy mówić o tym, że praca kelnera jest trudna i często niedoceniana.
Ale kiedy słyszymy: “powinieneś zostawić napiwek”, przestajemy rozmawiać o napiwkach. Zaczynamy rozmawiać o wynagrodzeniach. A za nie odpowiada przede wszystkim pracodawca, a nie gość przy stoliku numer 12.
W cenie dania powinny znaleźć się nie tylko produkt, prąd, czynsz i marża. Powinien być tam również koszt pracy każdej osoby zatrudnionej w restauracji.
Jeśli biznes spina się tylko dlatego, że klient poza rachunkiem dopłaci pracownikowi kolejne 10-15 procent, to problemem może nie być “skąpy gość”. Problemem może być model biznesowy.
Pensja powinna dawać bezpieczeństwo.
Napiwek powinien być bonusem.
Nie odwrotnie!
Bo granica przesuwa się bardzo łatwo.
Najpierw 10 procent za świetny serwis. Potem terminal proponujący 10 albo 20 procent. Następnie obowiązkowa opłata serwisowa. A za chwilę sugestia, żeby mimo niej zostawić jeszcze napiwek. I nagle koszt zatrudnienia zaczyna być moralnym obowiązkiem klienta.
Nie chciałabym, żeby polska gastronomia poszła w stronę modelu: “możemy płacić mniej, bo przecież kelner odbije sobie napiwkami”.
Słabszy dzień? Pracownik zarobi mniej.
Mniej gości? Zarobi mniej.
Brak napiwków? Zarobi mniej.
A restauracja nadal może mówić: “u nas kelnerzy dobrze zarabiają”.
Tylko warto zapytać: kto im właściwie płaci?
Jestem za napiwkami. Ale jako formą docenienia, nie jako ukrytym kosztem zatrudnienia przerzuconym na klienta.
A Wy, co sądzicie? Napiwek to dobrowolne “dziękuję” czy obowiązek gościa?






